Grudzień 3, 2015 | ms
Zmarł Leon Filary

Dnia 2 grudnia 2015 r. w godzinach porannych zmarł w wieku 102 lat urodzony w Kostrzynie uczestnik kampanii wrześniowej i bitwy o Anglię, mieszkający od ponad 70 lat w Wielkiej Brytanii – pan Leon Filary.

Leon_Filary

Leon Filary urodził się 11 kwietnia 1913 r. w Kostrzynie jako najstarsze dziecko cieśli Michała Filarego i Teresy z domu Koteckiej. Rodzina Filarych mieszkała w domu przy ul. Hallera 10 (budynek stoi po dziś dzień). Po ukończeniu szkoły powszechnej w Kostrzynie pan Leon uczył się w Szkole Wydziałowej im. Działyńskich w Poznaniu. W wieku 17 lat pan Leon postanowił pozostać pilotem. Realizacji jego marzenia służyć miała nauka w Szkole Podoficerów Lotnictwa dla Małoletnich w Bydgoszczy, do której został przyjęty w 1930 roku i, co jubilat dumnie podkreśla, w której był pierwszym rocznikiem uczęszczającym do tej szkoły. Niestety pilotem pan Filary nie mógł zostać, ponieważ Centrum Badań Lotniczo-Lekarskich w Warszawie, ośrodek kwalifikujący pod względem zdrowotnym przyszłych adeptów lotnictwa, orzekło, że młody kostrzyniak nie nadaje się na pilota z powodu „nerwowego serca” i zakwalifikowała go do grupy mechaników samolotowych. Jak na ironię, mimo tak „wątłego” zdrowia, pan Leon dożył stu lat i jest ostatnim żyjącym członkiem Dywizjonu 306! Po ukończeniu bydgoskiej szkoły w 1933 roku jako mechanik samolotowy pan Leon został przydzielony do eskadry treningowej 3 Pułku Lotniczego, mającego swoją siedzibę na Ławicy w Poznaniu.

Na szczególną uwagę zasługują przede wszystkim wojenne losy pana Leona, będące splotem wielu dramatycznych wydarzeń. Na chwilę przed wybuchem II wojny światowej pan Leon służył w 3 Pułku Lotniczym w Poznaniu. Kiedy Niemcy najechali Polskę we wrześniu 1939 roku pan Filary wraz ze swoją jednostką skierowany został do Kutna. Jak wspomina, pierwszy postój jego eskadra miała w Gułtowach. Po ciężkich walkach pod Kutnem na polecenie dowódcy majora Mieczysław Mümlera pan Leon wyruszył w poszukiwania paliwa do samolotu. Znalazł kanister pełen paliwa, wrócił pojazdem dostawczym na miejsce i zatankował samolot, który jego dowódca mógł ewakuować się w kierunku Warszawy. W podzięce za tę brawurową akcję pan Leon otrzymał od dowódcy rewolwer. Siły polskie były jednak już roproszone. Wtedy młody kostrzyniak dostał się do niewoli i wraz z pozostałymi jeńcami musiał iść pieszo z Kutna do Pabianic, gdzie mieścił się obóz jeniecki. W trakcie sprzątania ulicy, wykorzystując nieuwagę pilnującego jeńców niemieckiego strażnika, pan Leona wydostał się z niewoli. Po ucieczce ukrywał się u gospodarzy, po czym postanowił pieszo wrócić do Poznania, wędrując przez osiem dni. Celowo nie udał się do Kostrzyna, obawiając się, że gestapo może już tam na niego czekać. Do Poznania dotarł w listopadzie i znalazł tam schronienie u rodziców przyjaciółki Eugenii Osińskiej na ul. Szamarzewskiego. Niestety i tam nie przyszło panu Leonowi długo zagrzać miejsca, gdyż cała rodzina Osińskich i on w grudniu 1939 roku zostali wygnani z mieszkania i wsadzeni do wagonów bydlęcych, którymi po całym dniu i nocy w ogromnym ścisku zostali dowiezieni do Częstochowy. Tam wśród okolicznych mieszkańców udało się mu znaleźć schronienie. Jakiś czas później pan Leon otrzymał list od mieszkającej w Kostrzynie matki „Czesław pojechał do wuja”. W rzeczywistości list ten stanowił zaszyfrowaną wiadomość dla Leona, aby postarał się przedostać do Francji, gdzie mieszkał brat jego ojca, ale gdzie również, co ważniejsze, formowały się polskie siły zbrojne. Przed Leonem do Francji ewakuował się wraz z ocalałymi żołnierzami brat Leona – Czesław, późniejszy żołnierz dywizji gen. Maczka.

Jedynym szlakiem, który pozwalał ominąć wrogie Niemcy była droga przez Czechosłowację, Węgry, Jugosławię i Włochy. Taki też plan wędrówki opracował pan Leon. Na początku lutego 1940 rok żołnierz wsiadł do pociągu w kierunku do Krakowa. Ryzykując wykrycie przez Niemców, pan Leon wyskoczył z pociągu na stacji kolejowej w Nowym Sączu. Po drodze dołączyło do niego kilku żołnierzy. Najtrudniejszym zadaniem było nie tyle nielegalne przedostanie się przez granicę czechosłowacką, co wędrówka przez gęsto zalesione Karpaty w mrozie i śniegu. Pan Leon podkreśla, że przetrwanie zawdzięcza solidnemu wyszkoleniu wojskowemu, które przeszedł w poznańskim pułku, a zwłaszcza wyniesionej stamtąd umiejętności jeżdżenia się na nartach (które jakimś cudem udało mu się zdobyć w trakcie wędrówki). Jak wspomina zacny stulatek, w najtrudniejszych momentach, gdy tracił nadzieję na przetrwanie, zawierzał się opiece Matki Boskiej Częstochowskiej. W trakcie ucieczki jeden z towarzyszy pana Leona wpadł do zimnego strumienia, czego efektem było odmrożenie stóp. Jego stan był tak ciężki, że po kilku tygodniach trzeba było amputować mu stopy. Pan Leon wraz z towarzyszami wędrował w nocy, aby pozostać niezauważonymi przez Słowaków. Korzystał niekiedy z pomocy pasterzy i wieśniaków. Na początku marca 1940 roku po dojściu do granicy węgierskiej pana Leona zauważył węgierski strażnik, który po usłyszeniu z jego ust słów „Lengyel, Lengyel” („Polak, Polak”) zdecydował się przepuścić uciekinierów z Polski. Grupa wędrowała przez Węgry kilka tygodni, zatrzymując się m.in. w polskiej ambasadzie w Budapeszcie, która zapewniła uciekinierom wyżywienie i opiekę medyczną. Kolejnym trudnym zadaniem było przedostanie się na terytorium Jugosławii, którą od Węgier oddzielała szeroka rzeka Drawa. Po kilku tygodniach pobytu u węgierskich wieśniaków pan Leon, po wcześniejszym podzieleniu jego towarzyszy na mniejsze grupki, został przeszmuglowany przez granicę tratwą dzięki pomocy węgierskich przewodników. Nie było to łatwym zadaniem – kilkakrotnie Polacy zostali ostrzelani przez chroniących granicę Węgrów. Po udanym przekroczeniu rzeki grupa skierowała się do Splitu w Jugosławii, a stamtąd popłynęła statkiem do Włoch. Było to w kwietniu 1940 roku.

W trakcie swojej wędrówki pan Leon zatrzymał się w Mediolanie, w którym jego uwagę przykuła przepiękna, dwudziestoletnia Włoszka, która, jak się później okaże, odmieni życie kostrzyniaka. Młody żołnierz nie zdążył nawet poznać imienia ani adresu tej dziewczyny. Z Mediolanu pan Leon wyruszył pociągiem do Lyonu we Francji, która w tym momencie walczyła z Niemcami. W Lyonie zasilił szeregi I/45 Dywizjonu Polskiego Dywizjonu Myśliwskiego Warszawskiego w ramach Polskich Sił Powietrznych, które w sumie strąciły 56 samolotów niemieckich w trakcie obrony tego miasta. Kiedy padł Paryż, zgrupowani w Lyonie polscy żołnierze na podstawie porozumienia między generałem Sikorskim a premierem Churchillem ewakuowali się do Wielkiej Brytanii. Tak też postąpił pan Leon. Na wybrzeżu na południu Francji, tuż przy granicy z Hiszpanią, wsiadł na pokład angielskiego statku „Arandora Star” i wraz z kilkutysięczną grupą żołnierzy polskich 5 sierpnia 1940 roku dotarł do Anglii. Po ukończeniu szkolenia dnia 1 października 1940 r. pan Leon został skierowany do jednostek zaopatrzenia w Liverpoolu. Nie znał języka angielskiego, a był tam jedynym Polakiem. Dnia 5 marca 1941 roku pan Filary dołączył do 306 Dywizjonu Myśliwskiego „Toruńskiego”, jednostki Polskich Sił Powietrznych w Wielkiej Brytanii. Siedzibą dywizjonu była baza w Northolt, w której stacjonował też Dywizjon 303 znany z powieści Arkadego Fiedlera oraz Dywizjon 308 „Krakowski”. W tym czasie pan Leon został osobistym mechanikiem dowódcy dywizjonu kpt. Tadeusza Rolskiego i reperował silniki samolotów Hawker Hurricane i Spitfire uszkodzonych w walce powietrznej. W październiku 1943 roku kostrzyniak dołączył do 133 Polskiego Skrzydła Myśliwskiego, grupującego kilka polskich dywizjonów. Dowódcą tej jednostki był słynny as lotnictwa i bohater bitwy o Anglię major Stanisław Skalski. Dnia 4 września 1944 roku pan Leon dołączył do 663 Dywizjonu Samolotów Artylerii i wraz z nim wyjechał do bazy we Włoszech w okolice Salerno, później Monte Cassino, Rimini i ostatecznie Forli. W trakcie pobytu w Mediolanie kostrzyniak odnalazł przepiękną Włoszkę Giuseppinę Albertini, którą poznał w trakcie krótkiego pobytu we Włoszech w 1940 roku. Z przekazów dzieci pana Filarego dowiedziałem się, że romantyczny Polak, chcąc rozkochać w sobie piękną Włoszkę, zrzucał cukierki i kwiaty z samolotu na jej podwórko. Wkrótce Giuseppina (nazywana Piną) odwzajemniła uczucia żywione do niej przez pana Leona, poślubiła go i pojechała z nim Anglii.

Po wojnie 663 Dywizjon stacjonował w Wielkiej Brytanii, gdzie 19 października 1946 roku jednostka została rozformowana. W listopadzie tego roku pan Leon wstąpił do Polskiego Korpusu Przysposobienia i Rozmieszczenia, mającego pomóc byłym żołnierzom polskim przystosować się do życia cywilnego i osiedlić się w granicach Wielkiej Brytanii po tym jak rząd brytyjski, po ustaleniach jałtańskich, rozwiązał Polskie Siły Zbrojne na Zachodzie. Po rozwiązaniu jednostek polskich pan Leon został wcielony do Królewskich Sił Lotniczych (RAF), w których służył do 1948 roku. Postanowił odejść ze służby na wieść o tym, że jego jednostka ma wkrótce stacjonować na terytorium Niemiec. W 1948 roku został zatrudniony jako mechanik w jednostce Królewskiej Marynarki Wojennej w Portsmouth, w której pracował do czasu przejścia na emeryturę w 1978 roku. Po wojnie pan Leon postanowił osiąść w Anglii. Nigdy już Polski nie odwiedził. Jak sam mówi, obawiał się komunistów i aresztowania z powodu jego służby w polskich siłach zbrojnych na Zachodzie. W Kostrzynie pozostały jego matka oraz siostra Irena, które po wojnie widział tylko raz, gdy odwiedziły go w Anglii.

Zdjęcie oraz biografia: Ciekawostki z dziejów Kostrzyna

2 komentarze
  • mieszkaniec 9cff13

    Piękna karta życiorysu. Szkoda tylko, że Redakcja nie pomyślała (zresztą nie pierwszy raz), aby fotografię Pana Leona podać w wersji czarno-białej. No ale trzeba się uczyć całe życie.

-

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

cztery + pięć =